Showing posts with label my words. Show all posts
Showing posts with label my words. Show all posts

04 July 2011

...



przekraczam granicę
minionego czasu
cichutkie kapanie
mokrego malachitu
grzęzną stopy
w szmaragdzie
za szpalerem topazów
na tle jadeitu
pusta ławka
z polnego kamienia
uderzają w nią
krople akwamarynu
odleciały ptaki
a porzucone jajka
stały się perłami

16 June 2011

...

Dziś został pochowany mój najdroższy przyjaciel. 
W poniedziałek po egzaminach zawodowych w szkole, której był dyrektorem, wracał do domu. Jechał ze swoją córką Asią. Nagle zjechał na pobocze, wprost w głęboki rów, a auto uderzyło w betonowy przepust. Marek zginął na miejscu, Asia o własnych siłach wydostała się na zewnątrz. Nadal jest w szpitalu... a przy niej Ela – jej mama.
Ubiegłej soboty mieliśmy ich odwiedzić, wspólnie oglądać zdjęcia z Indii, zasiedzieć się do późnej nocy, jak zwykle. Nie udało się. Pracowałam do późna, nie mogłam poprzestawiać godzin. Dzwonił do mnie jeszcze w piątek, rozmawialiśmy o pracy... o sobocie... był smutny, zmęczony.
 Marka znałam od 2005 roku. Niedługo, ale wystarczyło, by bardzo zmienić moje życie. Kiedy byłam na niego zła, nazywałam go „misjonarzem”. Za wszelką cenę próbował mnie „uratować”. Palcem wskazywał osoby, miejsca, zdarzenia najważniejsze, na których miałam się skupiać. Mimo mojego buntu, dziś mogę powiedzieć, że On – ostoja spokoju, ten spokój wlał we mnie. „Nawracał” nie tylko mnie.
Marka można było bardzo lubić lub nie. Trzeba było dobrze się wsłuchać w to co mówi, by przypadkiem się nie obrazić. Mówił symbolami i nie chciał krzywdzić. I... co jest już bardzo rzadkie w obecnych czasach – był bezinteresowny.
Był najlepszym managerem. Dzięki niemu po długim okresie zajmowania się ilustracją dziecięcą wróciłam do projektowania wnętrz. Uwierzyłam, że potrafię to robić i dam sobie radę. I tak też się stało. Do końca interesował się tym, co robię. Bardzo się przejmował, jeśli miałam jakieś kłopoty z nieuczciwymi klientami. Podsyłał mi wówczas innych, bym mogła szybko zapomnieć o porażce. Dzięki niemu zaczęłam wystawiać swoje prace. Nabrałam śmiałości...
Był poławiaczem pereł, łowcą talentów. To był jego największy talent. Wyszukiwał ludzi o różnych zdolnościach, wyciągał ich za uszy do światła, spotykał ich ze sobą, łączył ich we wspólnych pasjach i dalej toczyło się to już samo. Co jakiś czas wpadał i pytał, jak sobie radzą. Zawsze pogodny, pozytywnie nastawiony...
Amelia bardzo płakała za swoim ukochanym wujkiem. Nadal nie może uwierzyć, że on już nie zobaczy, jak ona świetnie jeździ na rowerze. Chciała mu pokazać podczas swoich urodzin... Była jego „niebieską rybką” podczas każdych wakacji, kiedy to okupowali wspólnie wszystkie baseny. Ostatnio przekomarzali się:
- Jola... Jola... - wołał Marek.
- Zenek... nie jestem Jola – odpowiadała ze śmiechem Ami.

Od czterech dni nie znajduję miejsca. Ale cóż ja... co ma powiedzieć Ela i Asia, Marka mama, Marka siostry: Bożenka, Ania, Renata, Beata... 

Powiało. Teraz pada deszcz... za mnie. Ja już nie mam łez. Wypłakałam je. 




Proszę Cię Panie
w ten mroźny czas,
kiedy serce wypala
przerębel na jeziorze,
dotknij swą dłonią
zgarbionych pleców Anioła,
zaskocz go, zadaj pytanie,
na które brak odpowiedzi,
daj prztyczka w nos
i postaw przed nim
mąkę, jaja, miód,
sypnij garść cynamonu
imbiru i goździków.
Każ czarować dłońmi
anielskie zastępy,
by ich zapach wypełnił
zakamarki nieboskłonu,
by nie mógł potem zasnąć.
Nigdzie nie odchodzę.
Dojrzewam jak jabłko,
które położyłeś na ławce.
Jeszcze się zarumienię...



28 February 2011

post techniczny


Od jakiegoś czasu noszę się z zamiarem napisania posta o mojej pracy. Czasem było już bardzo blisko, ale zadawałam sobie pytanie: po co to komu? Jednak jest to niezbędne. Od 17 lat profesjonalnie zajmuję się projektowaniem: graficznym, architektonicznym... od 21 lat projektowaniem graficznym i ilustracją książkową zajmuje się mój mąż. Lata temu do furii doprowadzały nas sytuacje, kiedy to „rodzina” stając za naszymi plecami i gapiąc się w monitor kwitowała: eee... proste, komputer wszystko za Ciebie zrobi, co to za praca? Zabawa! Nie mieliśmy ochoty niczego tłumaczyć, wyjaśniać, bo to nie miało sensu. Zresztą, skoro to takie proste... Po latach staje wuj męża za jego plecami i ponownie kwituje jego pracę zdaniem: ty to masz dobrze, komputer wszystko za Ciebie zrobi. Otóż nie. Nie zrobi nic, jeśli niczego tam nie wrzucisz. Jeśli kradniesz komuś w necie zdjęcia, rysunki, pomysły w końcu... jeśli nie masz w sobie ani krzty pasji, talentu, zaangażowania... zrobisz wielkie NIC. Jeśli z kawałków cudzej poezji skleisz swój wiersz... jesteś nie poeta... a ZŁODZIEJ. 

Ale nie o tym chciałam.  W sobotę podchodzi do mnie „lalunia” i mówi, że chciałaby wizualizację swojej łazienki. Siedząc z klientem wzdycham, wzdycham bo to zdanie słyszę ostatnio coraz częściej. Wzdycham, bo wiem co się święci. I zadaję pytanie, czy jest klientką takiego a takiego sklepu. Mówi, że jest. To proszę o przygotowanie inwentaryzacji, na podstawie której zbuduję jej wnętrze w 3D, a potem wstawię trzy z tysięcy modeli ceramiki łazienkowej, dwie baterie z tysiąca modeli dostępnych na rynku, jedną kolekcję płytek wybraną z tysięcy kolekcji. I coś najważniejszego, przy projektowaniu musi być, ponieważ ja tego wnętrza nie projektuję dla siebie, tylko dla niej. Teraz jej kolej: czy zrobię jej to w godzinę, bo jej się spieszy.  

Hm... Droga Pani, nie zrobię Pani tego w godzinę, nie zrobię tego w godzinę ja, nie zrobi tego w godzinę nikt, nie zrobi tego w godzinę KOMPUTER. Nikt i nic tego nie zrobi w godzinę. Program do projektowania przestrzeni wirtualnej poznaję dzień po dniu od 1998 roku. Pracuję w nim sprawnie, można powiedzieć, że dość szybko, nadal poznaję jego możliwości. Ale by zrobić najmniejsze wnętrze powiedzmy 2 na 2m, trzeba: zbudować wg rzutów i przekroju model w 3D, ustawić światła, określić każde po kolei, czy rzuca cień, jaki, jakie światło daje, ustawić kamery, a w końcu ubrać gołe ściany w przyszłe wnętrze. To jak układanie z klocków, z tymże każdy klocek należy zbudować z mniejszych i określić, nadać mu mapę bitową, naciągnąć ją. Do niedawna wszystkie elementy wnętrz budowałam sama: meble, lampy, umywalki, wanny, baterie, drzwi, okna... Teraz udaje mi się czasem pobrać model w 3D ze strony firmy produkującej ceramikę... czasami, ponieważ wiele z nich zawiera błędy, które podczas renderowania ukazują się jako dziury. Czasem firma produkująca meble podeśle mi płytkę z modelami w 3D. Kiedy już wszystko jest ustawione, zmapowane, oświetlone, następuje to, co lubię najbardziej – renderowanie, które trwać może krótko lub bardzo długo, w zależności od skomplikowania pliku oraz mocy komputera. Najdłuższe trwało nawet pół dnia. O animacji wnętrza nie wspomnę, to może trwać kilka dni. Jeden rendering czyli jedno zdjęcie, które następnie trzeba poprawić w programie graficznym, podciągnąć kontrasty, czasem kolory. A renderingów bywa wiele... a jeśli mamy kilka, kilkanaście wersji jednego wnętrza? Można sobie pomnożyć ile czasu zajmuje samo renderowanie. Na szczęście podczas projektowania myślę na bieżąco, nie noszę się tygodniami z pomysłem, siadam i buduję, a poprawiam uważnie rejestrując przestrzeń podczas renderowania. Tylko wtedy mam na to czas, by wyszukać wszystkie błędy, skorygować bitmapy, światła itp. Zatem podczas projektowania beze mnie nie dzieje się nic. A ponieważ program do projektowania wirtualnej przestrzeni darzę bezgraniczną miłością, projektowanie jest moją pracą, przyjemnością i pasją. Myślę, że trafiłam w dziesiątkę wybierając zawód. Ale mimo zaangażowania nie jestem w stanie szybciej niż w dwa bite dni stworzyć wizualizację niewielkiego wnętrza. Mogłabym zrobić to ręcznie, rysować potrafię, ćwiczę się w tym od 37 lat, w perspektywie odręcznej od 22, tylko po co. Co więcej: dlaczego mam tworzyć wizualizację wnętrz całego domu komuś, kto mojej pracy i mnie nie szanuje, kto mi za miesiąc dzień dobry nie powie spotykając mnie w dziale nabiału sklepu spożywczego, komuś kto chce mnie po prostu wykorzystać. Dlaczego dla kogoś mam zarywać noce, odkładać projekty dla moich klientów, tylko po to, by komuś coś udowadniać... Nie. Może gdyby te osoby znały cenę projektu z wizualizacją, byłyby bardziej pokorne i wyrozumiałe, jeśli mogą mieć coś za darmo. 

...

Renderowanie w grafice trójwymiarowej, nazywane też obrazowaniem lub prezentacją, obejmuje analizę modelu danej sceny oraz utworzenie na jej podstawie dwuwymiarowego obrazu wyjściowego w formie statycznej lub animacji. Podczas renderowania rozpatrywane są m.in. odbicia, cienie, załamania światła, wpływy atmosfery (w tym mgła), efekty wolumetryczne itp. Jest to bardzo czasochłonna operacja niewymagająca, poza przygotowaniem, żadnej ingerencji ze strony człowieka. Renderowanie może być przeprowadzone w praktycznie każdym programie do tworzenia grafiki trójwymiarowej, nie będącym wyłącznie programem do modelowania. Przykładami takich programów są: 3ds Max, Cinema 4D, LightWave 3D, PYTHA-RadioLab, Blender, Mental Ray, V-ray, Maxwell render.

Najczęściej wykorzystywaną metodą renderowania w programach do grafiki trójwymiarowych jest śledzenie promieni, pozwalająca na bardzo wierne symulowanie obrazu z uwzględnieniem wielu rzeczywistych zjawisk fizycznych. Jest on wynikiem próby rozwiązania równania renderowania. Inne analogiczne metody to raycasting oraz dwie metody oświetlenia globalnego (global ilumination): energetyczna (radiosity) i mapowanie fotonowe (photon mapping), ponadto wykorzystuje się metody do obrazowania kaustyki (caustic) i cienie powierzchniowe (area shadows), które umożliwiają uzyskanie cieni uwzględniających wielkość emitera światła.

21 January 2011

białe na białym



Szaro-buro, ciemno, ponuro... coś tam niby pada, niby nie... Najważniejsze, by mieć światło w sobie. Avatar Doroty to światło ma. A Dorota? Hehehe... A co innego życie rozświetli, jak nie jakieś nowe duperele. A okazja się znalazła, jeden z dwóch ulubionych kubków "się uszkodził". Chciałam dokupić. Całe Allegro przeszukałam, od góry do dołu, takich samych kubków nie znalazłam. Ale zobaczyłam te... Musiałam sobie sprawić :o) Tylko tak ta sama kawa ma inny smak. A jak już w domu się znalazły, to trzeba było porządki w szufladach, witrynie zrobić. Żałuję, że w Polsce wystawek nie ma ;o) Mam pudło kobaltowego szkła i nie wiem co z nim zrobić. Wystawiłabym przed dom, niech sobie ktoś weźmie, jeśli się spodoba. Wystawiłabym też sto kubków w parach albo w pojedynkę, z wielu, wielu parafii. A tak ogólnie się nie wyrabiam. Robię dniami i nocami i nadal mało. Rendery robią się godzinami. Ja jedna, program jeden, komputer jeden. Zawsze marzyłam o siostrze bliźniaczce ;o) Amelię od czasu do czasu wołam i pokazuję: patrz - mówię. Ucz się dziecko. Tu się mapy naciąga, tu się "lotfuje", tu "bulenuje"... a ona jak mantrę: Malarką będę! Dzieckooo, z malarstwa nie wyżyjesz!!! Od razu szukaj sponsora ;o)











Dzięki Adam za przypomnienie. A i bez tego jakoś nie mogę żyć...



Wytarły się z mojej dłoni
Ornamenty metafor
Wygięte skrzyżowania
Wystarczy jedno lśnienie
Na wskroś jestem jaka byłam
Czekałam, nie przyszedłeś
Puszczam po tafli jeziora
Kaczkę z zawieszoną myślą
Niech upadnie na drugie dno



08 November 2010

drawer





proszę Cię Panie
w ten słotny czas
dotknij dłonią
pleców Anioła
zadaj pytanie
daj prztyczka w nos
i postaw przed nim
mąkę, jaja, miód
sypnij garść cynamonu
imbiru i goździków
każ czarować dłońmi
anielskie zastępy
by ich zapach wypełnił
zakamarki nieboskłonu
nie pozwolił zasnąć
nigdzie nie odchodzę
dojrzewam jak jabłko
które położyłeś na ławce


25 October 2010

memories


Witaj świeży poranku!
Poproszę dziś na śniadanie
sadzone słońce
na puszystych obłokach.
 
 
 
 
 
 
 

21 October 2010

:o)




Chciałabym dziś napisać... o depresji? O wypaleniu? O tej pierwszej wiem sporo. Poznałam dokładnie. „Wredna suka”, która bezustannie czai się za plecami i wskakuje na kark człowiekowi wtedy, kiedy zwątpi... Wiele lat udawało mi się ją przechytrzać. Kiedy robiło się niebezpiecznie, chwytałam za ołówek, piórko, myszkę... za cokolwiek. I odchodziła. To trwało wiele, wiele lat. Być może byłam też silniejsza, wierzyłam, że marzenia są proste do realizacji, że ciągle jest na to czas... a najważniejsza była młodość. Dwa lata temu dopadła mnie całkowicie, nie byłam w stanie nic zrobić. Siadałam przed komputerem, przed świecącym monitorem i nie widziałam nic. Totalna niemoc. Nie było to jednak brakiem weny, bo to także jest rozpoznawalne.  Po takim okresie ciszy zazwyczaj przychodzi natłok twórczych myśli, zatem każda przerwa w twórczości jest tak naprawdę kolejnym krokiem do przodu. Ta niemoc... która przyszła dwa lata temu była straszna. Bardzo trudno jest mi ją opisać, zapewne mogą to zrozumieć osoby, które zachorowały. Przeogromna chęć niebytu. Tylko, że ten jest materialny, a tu chodziło tylko o duszę, albo przede wszystkim o duszę. Ta miała zniknąć natychmiast. I ból jaki czuła, nie było w stanie niczym zagłuszyć. Próbowałam wtedy porównać ten ból z czymkolwiek mi znanym... nie byłam w stanie, prawie każdy ból cielesny można zniwelować, prawie, bo są takie, których się nie da. Chciałam by stało się coś, co bez jakiejkolwiek ingerencji uciszy to, uspokoi. Poprosiłam o pomoc, okazało się, że można mi pomóc tylko lekami. Brałam antydepresanty, jednocześnie cały czas kontrolując swoje reakcje. Muszę dodać, że wcześniej byłam przeciwna jakimkolwiek lekom. I już będąc na lekach doszłam do zadziwiających wniosków, że kilka gram określonego związku chemicznego jest w stanie nie pozwolić negatywnej myśli na zawiązanie, sprecyzowanie... A co najważniejsze mogłam dalej pracować. Wtedy osobom, które wcześniej do mnie mówiły: weź się w garść, mogłam odpowiedzieć, żeby nigdy tak nie mówiły osobom chorym na depresję, bo wzięcie się w garść, to puste słowa, które nie docierają do chorej duszy. Nawet gdyby ktoś bardzo się starał, w dzień „brał się w garść” i tak noc go „rozbije do reszty”. Po kilku miesiącach leczenia trafiłam na terapię... grupową. Nie chcę pisać o tym ze szczegółami, zresztą... musi to pozostać tajemnicą. Warunek rozpoczęcia terapii był jeden: odstawiamy wszelkie leki. Hm... nie wierzyłam, bałam się, wydawało mi się, że bez nich... że bez nich... zginę? I tu pragnę zaapelować do wszystkich, których ten problem dotyczy: jeśli macie możliwość uczestniczcie w tym, poddajcie się. Wyrzućcie z siebie ten wór śmieci, który ciągniecie do dziecka. Poukładajcie siebie, dorośnijcie, poprzestawiajcie priorytety, ułóżcie je... i żyjcie w końcu naprawdę. Nie dla kogoś, nie dla czegoś, tylko dla siebie, a skorzystają na tym wszyscy.  Ciągle mam zamiar zmienić dźwięk budzika w swoim telefonie, ale zapominam... i budzi mnie: bo piękne są tylko te chwile, których jeszcze... ten oklepany, banalny kawałek Marka Grechuty. Może dobrze, że zapominam.

Przeczytałam dziś w jakiejś gazetce-reklamówce sklepu wywiad z Wojciechem Cejrowskim. Ktoś się zastanowi: czy go lubię, może nie cierpię... to nieistotne. Dla mnie cenne w nim jest to, że jest szczery, do bólu szczery. I mówi: (...) Płodozmian jest zdrowy – wtedy się człowiek nie wypala i nie nudzi swoją robotą, wtedy też każde dzieło jest świeże. Ale od razu dodam, że ja nie robię tych rzeczy równocześnie, tylko po kolei. Jestem z Poznania i my tam lubimy porządek (...) Tu szczególnie zwracam się do Piotra. Szczęście do nas nie przyjdzie, a jeśli jakimś cudem, to tylko na chwilkę. Poszukaj szczęścia w sobie. Pogódź się ze sobą. Odszukaj się. Odrzuć to, kim nie jesteś, trudno grać obce role.

Czekam na Boże Narodzenia... Muszę nawet się przyznać, że u mnie przy pracy to i świąteczne dźwięki już płyną... czemu nie? W końcu najważniejsza jest droga do celu, a nie sam cel. Dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli przeżyć :o)
Ps. Na zdjęciu rzeźba z fasady kościoła św. Michała Archanioła w Szalowej
Forgive my dear friends behind the lack of the translation!  



 dla Marii :o)

18 October 2010

please remember me




znikł za oknem
zatrzymany kadr
wolnego dnia
i czarne stada
rozłupujące
niedzielny obiad
w konarach
z których jutro
świt zerwie
złote sukienki
dźwięk wchłonęła
czarna dziura
wypełniam się
gęstą ciszą nocy
która rozciąga
rozrywa słowa
oddala do siebie
myśli, rozrzedza
wspomnienia
nie mogę iść
przed siebie
grzęzną kroki
mogę mocno
odepchnąć się
od przysadzistych
dębowych pni
i przepłynąć
czasoprzestrzeń
w kierunku
czerwonych iskier
rozlanych na
aksamitnej czerni
z krzykiem ukrytym
w opuszkach palców
 
 
 
 
 
 
 
 

07 October 2010

kartka z kalendarza











senne słońce przeciera horyzont
wiatr wytrząsa klejnoty z osikowych liści
zgubione, miedziane nici babiego lata
szarpie omszała kora świerków
spod koronki półnagich konarów
przebija tłusta chałwa ziemi
przewraca się z boku na bok
usypia pod kołdrą z pajęczyn
monotonny szum jutro stanie się ciszą
będzie biało... jak śniegiem zasiał

dla Marii z Pogórza Przemyskiego

03 October 2010

kartka z kalendarza


Tylko chwila z niedzielnym, popołudniowym słońcem przyłapanym na moich ścianach. I po niedzieli.




Pod horyzontem, pomiędzy
rozkołysanymi plamami rdzy
uwija się czerstwa staruszka
z czerwonym wiaderkiem.
Oplata orzechowe nogi
spóźnionym babim latem.
Krzykliwe kleksy na ściernisku
tłumią jej ślady na złocie,
a lipowe serca okrywają
przejrzystym parawanem.
Wszystko tonie w przestrzeni
po brzegi, bezkresnej,
jak w kropli bursztynu
mały pająk, który nie zdążył
pożreć smakowitej ofiary.  

01 October 2010

{lavender}




 

 I gotta find my way back to you...
... for your love.


I'm always walking in the park
Always dreaming of a spark
From you...



kwadratowa miękkość fioletu
zaostrzona trójkątną żółcią
chłód kamiennego dywanu
przetykany piniowymi szpilkami
i zielony kobierzec, na którym
tkwią obojętne cienie drzew
ich nogi pochylone wiatrem
dalej pas srebrnego kruszcu
spieniony lazur, turkus, szmaragd
między kulisami suną białe trójkąty,
mkną, aż po garbate wyspy,
gdzie blaknie namacalność

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails